środa, 17 lutego 2010

W czym mamy problem?

W czarnej komedii Johna Watersa nieoceniona Kathleen Turner grała Beverly Suthpin, wspaniałą, troskliwą matkę, która sfiksowała na punkcie patologicznie rozumianej ochrony własnych dzieci do tego stopnia, że złe słowo pod ich adresem mogło stać się dla niej przyczynkiem do mordu delikwenta ośmielającego się szargać "świętość rodziny".

Mary z nominowanego do tegorocznych Oscarów "Precious" Lee Danielsa to przeciwległy biegun Beverly. Nie chroni swojej córki, nie kocha, nawet nie obdarza obojętnością, tylko szczerze i głęboko nienawidzi. Upokarza ją fizycznie i psychicznie, trzyma pod kloszem w jak najdalszej od cieplarnianej atmosferze, odbiera dziecko. Wszystko przez to, że Precious (debiutantka, a już świetna Gabourey Sidibe) "ukradła" jej męża - ten bowiem przekierował swoje "uczucia" z żony na córkę, kiedy mała miała zaledwie trzy lata. Mary w brawurowej interpretacji Mo'Nique to tegoroczny Joker Heatha Ledgera - pozbawione jakiejkolwiek empatii wcielone zło, które musi istnieć choćby z wynikającej z naturalnego dualizmu przeciwwagi dla dobra. Problem w tym, że Mary nie jest postacią z komiksu.



Daniels zebrał za swój film niezliczone pochwały i nagrody, ale spotkał się też z krytyką ze strony niektórych Afroamerykanów - Armond White z "New York Press" porównał "Precious" do (nie)sławnych "Narodzin narodu" i uznał go za "kwestionujący sens życia czarnych Amerykanów". Cóż, Roger Ebert przy okazji polemiki z negatywną recenzją "Dystryktu 9" autorstwa White'a, nazwał jej autora "trollem; mądrym i wykształconym, ale trollem". Nie przepadam za Ebertem, jednak w tej kwestii muszę się z nim zgodzić. Trzeba bowiem dużo złej woli (lub wysilonej przekory), by nie zauważyć, że Daniels nie kwestionuje wcale "sensu życia" Afroamerykanów, lecz poddaje w wątpliwość sens wegetacji czarnej biedoty w obecnym kształcie, w gettach Harlemu, gdzie rozgrywa się akcja filmu, czy Bronksu. Już Louis E. Lomax w swojej wybitnej książce "Bunt Murzynów" ("The Negro Revolt", wyd. Iskry, 1966) podnosił tezę, że "Murzyn jako jednostka nie ma innej nadziei na ostateczne i bezpieczne ustabilizowanie się, jak tylko zlanie się z ogólną amerykańską strukturą społeczną". Daniels idzie tym tropem, jednak nie potępia w czambuł jedynie amerykańskiej polityki socjalnej, ale odważnie zauważa też przewiny samych czarnych - leniwych, agresywnych, zacofanych poniekąd na własne życzenie. Lub na życzenie bliskich, matek i ojców, wśród których przemoc rodzi, rzecz jasna, bieda, ale i zatruta od pokoleń mentalność niechcianych i odrzuconych. To przez swoją chorą z zawiści matkę 16-letnia Precious jest analfabetką niepotrafiącą odnaleźć się w innym świecie niż jej dysfunkcjonalny dom. Pomoc - apeluje Daniels - musi przyjść z zewnątrz. Już za późno, by zostawić mieszkańców slumsów samym sobie, bo pojęcia "motywacji" czy "silnej woli" są im obce. Jak pisał Lomax, "czy to się podoba Murzynom, czy nie - Harlem jest Kongiem Nowego Świata. Jest on krajem zamieszkałym przez czarnych, ale rządzonym przez białych. Gdyby jutro rano biali opuścili Harlem, Murzyni nie umieliby rządzić własnym miastem". Trzeba to zmienić - powtarza za pisarzem reżyser - trzeba się zainteresować, wyciągnąć rękę, w razie konieczności nawet zajrzeć do domostw. Inaczej jedynym ratunkiem dla nastolatków z gett będzie ucieczka w świat marzeń i iluzji, jak w przypadku Precious, która gwałcona przez ojca wyobraża sobie siebie jako bohaterkę teledysku, w lustrzanym odbiciu widzi białą seksowną blondynkę i chciałaby, by jej relacje z rodzicielką przypominały te z oglądanej w telewizji "Matki i córki" Vittorio De Siki.

Siłą filmu Danielsa jest też to, że wyrasta on ponad afrocentryczne "kino czarnych" proponowane przez wczesnego Spike'a Lee, Johna Singletona czy braci Hughes. Choć estetycznie "Precious" przypomina nieco dokonania Lee (którego zresztą wymienia w wywiadach jako mentora) - sepia przełamywana pop-artem, miejska poezja "uładzająca" obraz nędzy i rozpaczy - to merytorycznie jest dalece bardziej uniwersalny. W portrecie Precious może się przejrzeć wiele współczesnych nastolatek, niekoniecznie od razu tak skrajnie nieszczęśliwych jak bohaterka, ale także tych niekochanych czy "tylko" zakompleksionych.



Podnoszony przez kilku zaoceanicznych recenzentów zarzut o niewiarygodny ogrom krzywd, jaki dotyka jedną osobę (molestowanie, dziecko z zespołem Downa z kazirodczego związku, wyrzucenie ze szkoły ze względu na drugą ciążę, w końcu HIV) również uważam za bezzasadny. W życiu niestety nie jest tak, że wraz z AIDS dostajesz gwarancję, że już teraz przynajmniej nie wpadniesz pod autobus.

3 komentarze:

  1. Fajny tekst choc tym bardziej utwierdza mnie ze niepredko sięgne po Precious - wole bardziej eskapistyczne i lzjesze rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję i rozumiem, w takim razie polecam dużo lżejsze "The Blind Side".

    OdpowiedzUsuń
  3. Ha, dobre ostatnie zdanie z autobusem :)

    OdpowiedzUsuń