piątek, 29 stycznia 2010

Jaja i fujary

Kilkanaście tygodni temu głośno było o tym, jak to źli producenci zmienili Kevinowi Smithowi "kontrowersyjny" tytuł jego nowego filmu z "A Couple of Dicks" na "Cop Out". Polski dystrybutor jednakowoż zainspirował się, nie wiedzieć czemu, właśnie roboczym tytułem i wyszły mu... "Fujary na tropie". Że jak?! Ani chybi mamy tegoroczne "Jaja w tropikach". Nawiasem mówiąc, co ich tak ciągnie w stronę genitalnych skojarzeń? Porobili jakieś sondaże, z których wyszło, że obleśne asocjacje wpływają na frekwencję, czy co?

Co prawda dopiero styczeń, ale szczerze wątpię, by coś przebiło te nieszczęsne "Fujary". Niemniej są już i inni kandydaci do ścisłej czołówki:
Ach, i jeszcze zamieszanie z "The Box". Najpierw miało być "The Box. Pudełko". Potem skrócili do samego "Pudełka". Teraz zmienili na "The Box. Pułapka". Czekam jeszcze na oficjalnego maila z zapewnieniem, że naprawdę ostatecznie ostatecznym tytułem będzie "Pudełkiem po łapkach".

czwartek, 28 stycznia 2010

Kung Fu Karate Mistrz

A było to tak. Na fali szalonego recyklingu hollywoodzcy możnowładcy zlecili fajansiarzowi od "Różowej Pantery 2" nakręcenie hiphopowej (patrz: trailer) wersji kultowego "Karate Kid". Nowym Danielem Larusso (teraz: Dre Parker) został syn Willa Smitha, a nowym panem Miyagi (teraz: pan Han) - Jackie Chan.

Ten ostatni zwrócił uwagę producentom, że skoro akcja remake'u rozgrywa się w Chinach, a prezentowana w nim sztuka walki to kung fu, tytuł "Karate Kid" jest nieco bez sensu. Tytuł został więc oficjalnie zmieniony na "Kung Fu Kid". Wkrótce jednak wyszło na fokusach, że dla co poniektórych to brzmi beznadziejnie, zbytnio kojarzy się z niedawną "Kung Fu Pandą" i tak dalej. W efekcie powrócono więc do "Karate Kid", na co Jackie Chan zrobił tak:



Po czym w wywiadzie dla MTV oświadczył, że on tak czy siak posługuje się tytułem "Kung Fu Kid", ale nie jest pewien, czy ostatecznie stanie na tym, czego on by sobie życzył, czego życzyliby sobie producenci, czy jeszcze czym innym. Prawdopodobnie zaś w Stanach film wejdzie na ekrany jako "Karate Kid", a w Chinach jako "Kung Fu Kid".

Polska jest bodaj jedynym krajem, który może pogodzić zwaśnione narody i jeszcze na tym skorzystać. Nie od dziś wiadomo, że na sprytnej trawestacji i sentymentach można ubić niezły interes. Dlatego poddaję dystrybutorowi pod rozwagę tytuł "Kung Fu Karate Mistrz". I niech jeszcze Piotr Fronczewski zdubbinguje Jackie'ego Chana, a Bartosz Wierzbięta podkręci dialogi.

środa, 27 stycznia 2010

Nieskomplikowane, ale niegłupie

Nie sugerujcie się tytułem. Nowa komedia romantyczna Nancy Meyers nie jest bardziej skomplikowana niż klasyczne filmy gatunku z udziałem Doris Day, Rocka Hudsona i Tony'ego Randalla. Jest za to równie przyjemna i urokliwa co tamte ramotki.

Jane, Jake i Adam z "To skomplikowane" przywodzą na myśl miłosne trójkąty z "Kochanku, wróć" (1961) czy "Nie przysyłaj mi kwiatów" (1964). Charakterologicznie, bo przedemerytalnym wiekiem bliżej im do bohaterów jednej z wcześniejszych komedii Meyers, "Lepiej późno niż później" (2003). Tam też sercowe zawirowania były znacznie bardziej zawiłe (podstarzały playboy rywalizował ze swoim młodym lekarzem o względy matki swojej młodej kochanki) niż tutaj, gdzie cała rzekoma komplikacja sprowadza się do ognistego romansu z byłym mężem, który stawia poukładany świat Jane na głowie.

Meryl Streep jako Jane znów wspaniale gotuje, a jej specjalnością są francuskie wypieki. Jednak bardziej niż jowialną Julię Child przypomina Donnę Sheridan z "Mamma Mia!", tyle że w wersji upper-middle-class - nie boryka się co prawda z problemami finansowymi (jest właścicielką świetnie prosperującej cukierni), ale też szamoce się z życiem w pojedynkę i samotnie wychowuje potomstwo, nie tracąc przy tym pogody ducha (...).



Cała recenzja na łamach "Esensji".

wtorek, 26 stycznia 2010

Kultura testosteronu

Komunikat prasowy Warnera pozbawił mnie złudzeń co do poziomu polskiego kina rozrywkowego w najbliższych latach:

"Firma Warner Bros. Entertainment Polska zawarła umowę dotyczącą produkcji i dystrybucji filmów z wybitnym polskim producentem, scenarzystą i reżyserem filmowym, Andrzejem Saramonowiczem oraz jego firmą producencką San Graal. Zgodnie z umową w latach 2010–2011 partnerzy wyprodukują wspólnie co najmniej dwa filmy w języku polskim (...)".

Co najmniej dwa? O mój Boże, czyli może być ich więcej? Nie narzekałbym, gdybym wierzył, że Saramonowicz jest w stanie zaproponować nam coś poza "Testosteronem 2" i "Lejdis 2" (mogą być dla zmyłki pod innymi tytułami). Ale jakoś nie wierzę, sorry. Za to Richard J. Fox, wiceprezes Warner Bros. Picture International, wierzy z całą mocą:

"(...) Ogromnie cieszy nas możliwość udzielenia Andrzejowi Saramonowiczowi wsparcia przy wielu ciekawych projektach. Dzięki temu będziemy mogli wesprzeć polski przemysł filmowy i mieć istotny wkład w rozwój kultury polskiej (...)".

Przepraszam, ale rozwój czego? Kultury? KULTURY? K-U-L-T-U-R-Y? Czy my na pewno mówimy o tym samym Saramonowiczu? Niepewnie lurkam dalej tekst komunikatu. Tak, tym samym. Ego bez zmian:

"Warner Bros. to ikona światowego przemysłu filmowego. Współpracę z tak wybitną marką - dla której tworzyli i tworzą najznamienitsi giganci kina - traktuję jako niezwykłe wyróżnienie. To dla mnie również potwierdzenie, iż ryzykowna droga, którą wybrałem na początku kariery - robienie ambitnego kina dla szerokiej widowni - okazała się słuszna (...)".

Nie, panie Andrzeju. Nie, nie i jeszcze raz nie. "Ambitne kino dla szerokiej widowni" (choć oczywiście nie tak szerokiej jak pańska) to robi w tym kraju Marek Koterski. Pan z kolei nie robi nawet "nieambitnego kina dla szerokiej widowni". To działka Juliusza Machulskiego. Pan robi co najwyżej szmiry dla szerokiej widowni. Głównie tej szerokiej w barach, napakowanej testosteronem i ze swoimi wysolariowanymi lejdis przy boku. Tej, która może mieć istotny wkład w rozwój polskiej kulturystyki, ale na pewno nie kultury.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Tetrys



Jedyna wersja tej kultowej gry, w której chodzi o to, by jak najszybciej pole zapełnić, a nie wyczyścić.

sobota, 23 stycznia 2010

Mroczne widmo translacji

"The Ghost Writer", nowy film Romana Polańskiego, wejdzie do naszych kin jako "Autor widmo". Jezus Maria, jak to koślawo brzmi! Widać, że autor przekładu (nie widmo, tylko ponoć sam pan Roman) rzadko używa języka polskiego.

Co ciekawe, służąca za podstawę filmu książka Roberta Harrisa (w oryginale "The Ghost") ukazała się u nas w październiku ubiegłego roku pod tytułem "Ghostwriter".



I prawidłowo. "Ghostwriter" to może nie jest "sex shop", ale nie jest to też chyba wyraz na tyle egzotyczny, by dla zwiększenia frekwencji w kinach musieć go tłumaczyć? Dziwne tym bardziej, że ten sam dystrybutor kilka miesięcy temu wprowadził film "Gamer" pod oryginalnym tytułem, podczas gdy właśnie wtedy tłumaczenie byłoby jak najbardziej na miejscu. No chyba że to jakaś nowomowa:

- Cześć, Jacek, masz już tę nową gejm? Może pogejmerujemy?
- Sorry, stary, ale od kiedy zostałem autorem widmem tego nowego emo bandu, kompletnie nie mam czasu.

piątek, 22 stycznia 2010

It's still alive!

Jak dowiedziałem się z komentarza kolegi Bartka pod ostatnią notką, pilot serialu na motywach genialnej serii komiksowej "The Walking Dead" jest już klepnięty. Pisze i reżyseruje Frank Darabont, co jest raczej dobrą wiadomością, bo mimo ostatniej wpadki, to w końcu facet, który ma na koncie najbardziej lubiany film wszech czasów. Poza tym wiadomo, że u Darabonta to człowiek, nie zombie, będzie najważniejszy.



Czekam z niecierpliwością, bo martwe mięso wbrew pozorom ciągle jest świeże, czego dowodem znakomite ubiegłoroczne nazi-zom-com "Dead Snow" i rom-zom-com "Zombieland", inspirowany ponoć równie świetnym - jeśli wierzyć recenzjom i opiniom znajomych - fps-em "Left 4 Dead 2" (miałem kupić konsolę, kiedy córka trochę podrośnie, ale jak patrzę na screeny z tej gry, to mam ochotę zaraz lecieć do jakiegoś Saturna).

Modne stają się też zombie-wariacje na temat klasyki - "Romeo & Juliet vs. The Living Dead" wygląda nieźle, ale prawdziwym hitem może być "Duma i uprzedzenie i zombie" z Natalie Portman w obsadzie, Davidem O. Russellem na reżyserskim stołku i Richardem Kellym jako producentem. Jeśli projekt wypali, z radością powitam następne - wyobrażam sobie na przykład kolejny film o Titaniku, w którym powodem katastrofy nie będzie zderzenie z górą, a żywe trupy na pokładzie.

No i sequele sprawdzonych przebojów - "Zombieland 2", "28 miesięcy później". Pożywienia nie zabraknie.

czwartek, 21 stycznia 2010

Życie jako pudełko

Nie, nie czekoladek. Obejrzałem kilka dni temu nowy film Ryszarda K. i od tamtej pory nie mogę się pozbyć z głowy tego oto cytatu:

"Your home is a box. Your car is a box on wheels. You drive to work in it. You drive home in it. You sit in your home, staring into a box. It erodes your soul, while the box that is your body inevitably withers... then dies. Where upon it is placed in the ultimate box, to slowly decompose."

Te podnoszące na duchu słowa wypowiada niejaki Arlington Steward, fenomenalnie zagrany przez Franka Langellę. Z widoku na wpół spalonej twarzy Stewarda też nie mogę się otrząsnąć.



A sam film? Nie znałem opowiadania Mathesona ani odcinka "Twilight Zone", na których został oparty, dlatego po trailerze nastawiałem się na horror. Tymczasem to thriller SF, z naciskiem na SF, który ma więcej wspólnego z "Donnie Darko", niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Świeżo po seansie moją pierwszą reakcją było jednak WTF i jakkolwiek ujęły mnie poszczególne składowe, mnogość tropów interpretacyjnych oraz fakt, że film NAPRAWDĘ wygląda na nakręcony w latach 70., kompozycja całości nie zachwyciła. Ale tak samo miałem z "Donnie Darko", dopóki nie wpłynąłem na suchego przestwór internetu, i "Southland Tales", dopóki nie zapoznałem się z komiksami.

Teraz, po wyczerpującym googlingu, już wiem, że "The Box" pozostawi trwały ślad. Bo tak jak wcześniejsze filmy Kelly'ego, abstrahując od ich wartości czysto artystycznej, dostarcza intrygującego materiału do przemyśleń, poszukiwań, inspiracji. Chyba zacznę studiować filozofię.

wtorek, 19 stycznia 2010

Nowy Jork za mną chodzi

Najpierw dowiedziałem się, że "New York, I Love You", ciekawy projekt nowelowy w stylu "Paris, je t'aime", ostatecznie wyleciał z kinowych planów dystrybutora. Potem przeczytałem, że Sticky Fingaz zrobił musical z aktorem z mojego ulubionego serialu policyjnego. Następnie okazało się, że znajomy wyruszył za ocean, między innymi, o ile dobrze pamiętam z wcześniejszej rozmowy, wgryzać się w Wielkie Jabłko. No i jakby tego było jeszcze mało, w tym samym czasie iTunes wylosował mi ten oto świetny kawałek:



Czyżby jakiś omen? Oby dobry.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Złote Globy z "Kacem", ale bez kaca

"Avatar" najlepszym filmem dramatycznym! Och, polscy krytycy będą mieli używanie, zwłaszcza że prawdopodobnie przy Oscarach sytuacja się powtórzy. Już w ubiegłym roku, kiedy nagradzano "Slumdoga", kręcili nosami, a co dopiero teraz, gdy laury spadają na najbardziej smerfny hit wszech czasów.

Jednak jeszcze większym zaskoczeniem jest dla mnie wyróżnienie "Kac Vegas" - fantastycznie, że doczekałem czasów, kiedy po najważniejsze nagrody przemysłu filmowego mogą sięgać świntuszące komedie o zgubnych skutkach wieczoru kawalerskiego. Może za parę lat statuetki będą wędrować nawet do utalentowanych twórców zombie movies?

Ktoś powie, że to jednorazowa odwyrtka. Być może, ale ja tu widzę raczej stały trend, o czym świadczą także nagrody aktorskie dla Roberta Downeya za Holmesa w stylu Iron Mana czy Meryl Streep za rubaszną Julię Child. No i kto by jeszcze niedawno pomyślał o Sandrze Bullock jako laureatce Złotego Globu?

Zmiany zwiastuje również powrót po ponad 60 latach do starej oscarowej tradycji (ostatni raz w 1943 roku), kiedy to nominowanych było 10, nie 5 filmów. Krytycy tego pomysłu widzą w nim zagrywkę czysto marketingową, która sprawi, że nominacje stracą na wartości. Też oczywiście widzę w tym marketing, ale poza tym - świetną szansę dla niedocenianego kina rozrywkowego, przede wszystkim komedii. Film narodził się jako jarmarczna rozrywka i pamięć o tych korzeniach wcale nie musi, wbrew pozorom, oznaczać degradacji kina jako sztuki. Moje stanowisko w pełni oddają słowa Olgi Lipińskiej z jednego ze starych wywiadów:

"Komedia jest w naszym kraju niedoceniana, lekceważona i uważana za sztukę drugiej kategorii. Tymczasem jest ona trudniejszym gatunkiem sztuki od dramatu, zarówno dla aktorów, jak i reżyserów, a także dramaturgów. W komedii aktor sprawdza się od razu - publiczność albo się śmieje, albo nie. Niewielu jest dobrych aktorów komediowych, a ci, którzy radzą sobie w komediach, z łatwością poradzą sobie również z rolą dramatyczną. Odwrotnie ten mechanizm najczęściej nie działa. Komedia ma też ogromne możliwości edukacyjne, dzięki niej można powiedzieć coś ważnego w bardziej przystępnej formie - ośmieszenie, wskazanie głupoty, to jest jej ogromna rola".

Rzecz jasna, nie sądzę, aby pani Oldze spodobał się "Kac Vegas". Sęk w tym, by rozmaite gremia przyznające istotne nagrody poszły w ślady Hollywoodzkiego Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej i przestały wreszcie odczuwać moralnego kaca przy wyróżnianiu komedii. Tego samego zresztą życzę polskim krytykom i recenzentom.

sobota, 16 stycznia 2010

Ciasteczkowy Thorgal

Polscy filmowcy zamierzają pójść w ślady kolegów z Hollywood i spieprzyć mi kolejnego bohatera dzieciństwa. Producenci z East Pictures, rozochoceni sukcesem najgorszej polskiej komedii ostatnich lat, postanowili zrealizować... oczywiście "Ciacho 2", ale także - please don't! - "Thorgala".

Ekranizacja serii Van Hamme'a i Rosińskiego miałaby być trylogią nakręconą za łączną kwotę 60 milionów złotych, dlatego nie boję się, że wyjdzie z tego drugi "Wiedźmin". Boję się, bo za scenariusz i reżyserię ma odpowiadać Patryk Vega, który podobno właśnie zapoznaje się z całą serią, by wybrać najlepsze komiksy i podzielić je, wzorem "Władcy Pierścieni", na trzy części filmu. Po "Pitbullu" może jeszcze nie miałbym nic przeciwko, ale trudno żebym był pełen optymizmu po zatruciu się "Ciachem".

Według informacji, które do niedawna można było znaleźć na oficjalnej stronie East Pictures (usunięte, ale internet pamięta), Thorgala miałby zagrać gwiazdor światowego formatu, na przykład Clive Owen, ale wierzę w to tak samo mocno, jak kiedyś wierzyłem, że Mel Gibson nakręci film o Sobieskim. Nie chodzi o kasę, bo na tę bez problemu mógłby się skusić nawet hollywoodzki aktor. Chodzi o publiczność - kto z amatorów "Ciacha" w ogóle wie, kto to jest Clive Owen? Ba, kto wie, kto to jest Thorgal?



Dlatego zapewne skończy się na Pawle Małaszyńskim jako Thorgalu, Mariecie Żukowskiej jako Aaricii i Marcie Żmudzie-Trzebiatowskiej jako Kriss de Valnor. W epizodycznej roli Tanatloca - Krzysztof Kononowicz.

piątek, 15 stycznia 2010

Na co do kina w tym roku

Zapewne skończy się jak zwykle - część faworytów rozczaruje, a niespodziewanie dużo satysfakcji sprawią skromne na pierwszy rzut oka filmy twórców o skromnym dorobku (vide "Dystrykt 9" czy "Zombieland"). Niemniej, na dzień dzisiejszy, wydaje mi się, że najlepsze będą:

  • "Alicja w Krainie Czarów" - bo duet Burton/Depp jeszcze nigdy mnie nie zawiódł.
  • "Człowiek, który gapił się na kozy" - bo nie pamiętam, kiedy poprzednio (i czy w ogóle) śmiałem się na głos na trailerze i mam nadzieję, że nie wykorzystano w nim wszystkich śmiesznych gagów.
  • "Fantastyczny pan Lis" - bo rzadko jest okazja oglądać kukiełkowe lisy o poczuciu humoru Wesa Andersona, mówiące głosami George'a Clooneya i Meryl Streep.
  • "Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część I" - bo konsekwentnie nie czytam książek Rowling i unikam spoilerów, dlatego jestem bardzo ciekaw, jak to wszystko zacznie zmierzać ku końcowi.
  • "Invictus" - bo poprzedni film o pogromcy apartheidu rozczarował, a czekałem całe lata, by wreszcie zobaczyć Morgana Freemana (bo kogóż by innego?) w roli Mandeli.
  • "Nostalgia anioła" - bo mimo druzgocących recenzji zza oceanu wciąż wierzę w Petera Jacksona i chętnie dam się złapać w emocjonalną pułapkę.
  • "Sherlock Holmes" - bo jako zwolennik rewizjonizmu legend już nie mogę się doczekać najsłynniejszego detektywa we frywolnej interpretacji Roberta Downeya i Guya Ritchie'ego.
  • "Starcie Tytanów" - bo jestem wielkim fanem mitów greckich, trailer jest kapitalnie zmontowany i robi wrażenie, a Sam Worthington ma charyzmę.
  • "The Blind Side" - bo zapowiada się co najmniej tak sentymentalnie jak "Radio", a ja jestem sentymentalny i "Radio" bardzo mi się podobało.
  • "The Expendables" - bo kto w latach 90. nie marzył o wspólnym filmie Sylvestra Stallone'a, Arnolda Schwarzeneggera i Bruce'a Willisa (dwaj ostatni pojawiają się tu co prawda tylko w epizodzie, ale jako rekompensata - Jason Statham, Dolph Lundgren, Jet Li i Mickey Rourke).
  • "The Ghost Writer" - bo każdy film Polańskiego to wydarzenie, a obsada jest znakomita.
  • "The Green Hornet" - bo Seth Rogen w roli superbohatera to na tyle poroniony pomysł, że musi się udać, a do tego villainem będzie sam Hans Landa.
  • "The Social Network" - bo to kolejna porypana idea (film o Facebooku w reżyserii Davida Finchera i z Justinem Timberlake'em w jednej z głównych ról), więc pewnie wypali.
  • "Wilkołak" - bo zwiastuny zapowiadają wreszcie gotycki horror z prawdziwego zdarzenia, a Benicio Del Toro i bez zbytniej charakteryzacji zdaje się być wprost stworzony do tytułowej roli.

Z rezerwą, choć prawdopodobnie też będą przynajmniej dobre: "A Serious Man", "Fish Tank", "Gdzie mieszkają dzikie stwory", "Green Zone", "Incepcja", "Iron Man 2", "Kick-Ass", "Opętani", "Ostatni Władca Wiatru", "Robin Hood", "W chmurach", "Youth in Revolt".

"Nine" niejedno ma imię

Zabawne - wczoraj dostałem maila od dystrybutora nowego musicalu Roba Marshalla, który do niedawna (film, nie Rob) funkcjonował w jednym z dwóch naszych największych serwisów filmowych jako "Nine", a w drugim jako "Dziewięć" - że oficjalny polski tytuł filmu brzmi: "Dziewięć - Nine".

Przed chwilą z kolei odebrałem maila z tego samego źródła, informującego, że ostateczna wersja tytułu to "Nine - Dziewięć".

Ciekawe, co będzie jutro - "Nine - Dziewięć: Prawdziwa historia"?

Ciacho z Owsiaka i Kononowicza

Dostałem dziś mailem zaproszenie na jutrzejszą wspólną konferencję prasową firmy East Pictures, Giełdy Papierów Wartościowych i Telewizji Polsat. Prelegentami mają być Ludwik Sobolewski - Prezes GPW, Nina Terentiew - Dyrektor Programowy TV Polsat, Tomasz Tokarski - Prezes East Pictures oraz Patryk Vega - reżyser filmu "Ciacho" i Członek Zarządu East Pictures. Temat konferencji brzmi: "East Pictures i Ciacho: Nowy model biznesowy w produkcji filmowej".

W zaproszeniu czytam, że "East Pictures to pierwsza spółka w Polsce, która swoją działalność ściśle łączy z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie. Pierwszym projektem East Pictures jest film - komedia w reżyserii Patryka Vegi Ciacho, która weszła do kin 8 stycznia 2010 roku. Ciacho, którego partnerem jest Telewizja Polsat, przedstawia sobą nowatorskie podejście do kwestii biznesowych w obszarze kultury i sztuki".

Na konferencję się nie wybieram, bo wiem, na czym polega ten "nowy model biznesowy w produkcji filmowej". Jego najważniejszy punkt to zapewnienie potencjalnych widzów, że część dochodów ze sprzedaży biletów zasili konto Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Genialne posunięcie - jak nieczuły musiałby być multipleksowy bywalec, by w okresie XVIII finału WOŚP, krążąc pomiędzy H&M-em, McDonaldsem a fabryką popcornu (gdzie przypadkiem jeszcze puszczają filmy), nie skusić się na bilet-serduszko?

Producenci "Ciacha" słusznie jednak założyli, że nie każdy telewidz (pojęcie "kinoman" jest ostatnimi czasy zdecydowanie nadużywane - wszak to nie entuzjaści X muzy walą tłumnie na polskie filmy) musi być filantropem, a same serialowe buzie po raz kolejny mogą już nie wystarczyć. Dlatego też owe gwiazdy telenowel i rozmaitych "Tańców z fokami na lodzie" dostały za zadanie "przełamać konwenanse". A że jaka kultura, takie tabu, na długo przed premierą pojawiły się w necie pseudozabawne filmiki z produkcji oraz trailery, w których obiecywano, że "w tym filmie..." amant Małaszyński zrobi z siebie kompletnego idiotę, a grzeczna Żmuda-Trzebiatowska pokaże cycki.

I na deser, żeby zwabić nie tylko telewidzów, ale i internautów, na których biust jakiejś celebrytki nie robi wrażenia - obsadzenie w epizodycznej roli prokuratora samego Krzysztofa Kononowicza, internetowej gwiazdy (czy raczej - ofiary - choć w tym kraju te pojęcia często się równoważą) wyborów samorządowych w 2006 roku. Znowu strzał w dziesiątkę - znaczna część komentatorów pod zamieszczonymi na YouTube zwiastunami filmu deklaruje, że "pójdzie na Konona".



"Ciacho" udowadnia, że polscy filmowcy opanowali już do perfekcji trudną sztukę marketingu. Jednak równie trudna sztuka robienia dobrego kina rozrywkowego wciąż znajduje się poza ich zasięgiem. Film Vegi reklamowany jest hasłem "Wreszcie prawdziwa komedia!". Nie wiem, jaka to jest "prawdziwa" komedia. Wiem za to, że komedia powinna być śmieszna. W "Ciachu" natomiast serwuje się nam ograne dowcipy rodem z humorystycznych serwisów internetowych (gdyby pod scenariuszem nie podpisali się Vega i Dominik Matwiejczyk, dałbym sobie rękę uciąć, że jego autorem jest niejaki Joe Monster) i kloaczny humor. Dosłownie - w jednym z "popisowych" gagów bohater Karolaka umieszcza sobie pierścionek zaręczynowy w odbycie. To już nie jest nawet poziom sławetnego "Gulczasa".

Katolicka empatia a "Avatar"

Watykański dziennik "L'Osservatore Romano" skrytykował "Avatara". Wizjonerskiemu dziełu Camerona oberwało się między innymi za "panteizm" i "sentymentalizm". Mnie jednak najbardziej uderzył zarzut, jakoby w filmie było "mało prawdziwych emocji, ludzkich emocji w świecie alienów".

Hmm... "Avatar" jest właściwie jedną wielką EMOCJĄ. Przez niemal trzy godziny bohaterowie (a ja wraz z nimi) doświadczali wielu różnorakich emocji. Aktorzy, jak na wielki spektakl przystało, grali bardzo emocjonalnie. Również ci "cyfrowi", co było możliwe dzięki rewolucyjnej technice nazwanej - nomen omen - e-motion capture. Ponadto wątek miłosny - oparty oczywiście na emocjach - był tu kluczowy. Tym samym główny bohater, Jake Sully, przeżywał wiele "ludzkich emocji w świecie alienów". Ba - zobaczył w owych "alienach" ludzi. Jak to się stało, że watykańscy recenzenci ich nie dostrzegli?


Recenzja z "L'Osservatore Romano" przypomniała mi czasy, kiedy jako mały chłopiec byłem jeszcze zaciągany przez rodziców do kościoła. Pamiętam, że niemal w każdym kazaniu ksiądz upominał, że "kto nie ma Boga w sercu, ten nie będzie potrafił prawdziwie pokochać i drugiego człowieka". Czy nie dlatego dla watykańskich krytyków Wielka Miłość w "Avatarze" nie jest ani "prawdziwa", ani "ludzka", bo oni po prostu nie wierzą w wyższe uczucia niepodyktowane przez chrześcijańskie dogmaty? W uczucia "alienów", którzy w sercu noszą co najwyżej panteistyczną Eywę? Zaiste, nie ma to jak katolicka empatia.

Cichosza, nie ma Macintosha

Czytałem na blogu Wojtka Orlińskiego wiele tekstów o wyższości maków nad pecetami, ale nigdy nie padł w nich argument dla mnie osobiście, jako ojca małego dziecka, najistotniejszy. Dopiero w ostatniej notce na ten temat komentator o nicku drduran napisał: "Dla mnie największym szokiem po włączeniu świeżo zakupionego maka mini, była cicha praca wentylatorka. Obietnica cichej pracy była jednym z kryteriów mojej przesiadki na maka. I okazało się, że jest lepiej niż się spodziewałem, bo wentylatorka nie słychać. I po dwóch latach użytkowania nadal go nie słychać (bo jak to jest z pecetowymi, to ja dobrze wiem). Natomiast cichy pecet jest wciąż jak Yeti - podobno istnieje i niektórzy go widzieli".

Bingo! Mam dokładnie tak samo. Dwa lata użytkowania maka i wciąż jest tak samo cichy jak za pierwszym odpaleniem. Dobrze pamiętam to zdziwienie żony, kiedy na jej "No pochwal się wreszcie i włącz ten komputer" odparłem, że przecież chodzi od dziesięciu minut. Tak, do tej pory, żeby go usłyszeć, trzeba przyłożyć ucho do obudowy.

Wpadliśmy dziś na godzinkę do znajomych, żeby obejrzeć zdjęcia ze wspólnej imprezy. Niestety, już w progu pan domu oznajmił, że podrzuci nam jutro foty na pendraku, gdyż nie może teraz włączyć komputera, bo jego synek właśnie zasnął. Oniemiałem, na co wyjaśnił, że wentylatory głośno szumią, a do tego śrubki w obudowie brzęczą, więc mały się budzi, ilekroć sprzęt jest na chodzie. Na moją sugestię (też kiedyś miałem pecety i niejedno z nimi przeżyłem), że może by zdjął obudowę, odpowiedział, że owszem, próbował, ale wtedy dochodzi hałas powodowany przez dysk i napędy, no i wentylatory szumią jeszcze głośniej. Tak więc już od dłuższego czasu myśli o kupieniu jakichś wyciszaczy, systemów chłodzenia itp., ale ostatecznie nigdy mu się nie chce za to zabrać.

Ha! Mi też się nie chce. Dlatego mam maka i moja półtoraroczna córeczka może spać spokojnie.

Notkę ilustruję skrinszotem z pierwszej lepszej strony poradniczej dla pececiarzy. Strasznie mnie te sondy rozbawiły, do tej pory nie byłem świadom, że istnieją specjalistyczne firmy zajmujące się wyciszaniem pecetów!

Najciekawsze premiery DVD 2009

W zalewie mniej lub bardziej ekskluzywnych wydań bieżących kinowych hitów, przedświątecznie wypasionych boksów i tym podobnych atrakcji łatwo było przegapić znacznie skromniejsze edycje starszych i nowszych tytułów, które warto znać. Wyłuskałem je z ubiegłorocznej oferty dystrybutorów.

CO I DLACZEGO WARTO:

Na koniec jeszcze wyróżnienie w kategorii Premiera Roku. And the winner is... trylogia o Panu Kleksie! Nasz rodzimy Dumbledore prawie nic się nie zestarzał. "Akademia..." wciąż wywołuje niemy zachwyt, "Podróże..." pozwalają poczuć smak przygody i tylko "...w kosmosie" człowiek trochę przysypia. Niemniej całość re-we-la-cyj-na.

Polak potrafi w kinematografii

Amerykanie od kilku tygodni z zapałem podsumowują dekadę. Trochę im zazdroszczę, bo my będziemy robić to dopiero za rok. O ileż fajniej brzmi "the best of 00s" od "the best of 2001-2010".

Serwis IMDb opublikował właśnie ranking 50 najlepszych filmów ostatniej dekady. Czy znalazł się wśród nich jakiś film polski? Wolne żarty. Jest co prawda film wyreżyserowany przez Polaka ("Pianista" Romana Polańskiego), ale to jakby co innego. Natomiast pod listą 50 najlepszych portal tradycyjnie zamieszcza zestawienie 10 najgorszych. Przypatrzmy się bliżej.

No proszę. Dwie komedie Jerzego Gruzy! Jednak umiemy zapisać się w historii. Gratulacje.

Meiko Kaji koi

Ostatnio namiętnie słucham płyty "Zenkyoku Shu", będącej kompilacją największych przebojów japońskiej aktorki i piosenkarki nurtu enka Meiko Kaji. Słucham w całości, bez skippingu, co nie zdarzyło mi się od czasu soundtracku do "Mamma Mia!".

Pierwszy raz usłyszałem Meiko parę lat temu w utworze "The Flower of Carnage" z genialnej ścieżki dźwiękowej "Kill Bill vol. 1". Drugi raz - niespodzianka - w utworze "Urami Bushi" ze ścieżki "Kill Bill vol. 2". Tarantino zalicza się do największych wielbicieli azjatyckiej gwiazdy; pierwsza część wspomnianej dylogii o Pannie Młodej to przynajmniej w połowie nieoficjalny remake (czy w przypadku żywcem skopiowanych scen można mówić tylko o "inspiracji"?) "Lady Snowblood" (1973) - kultowej samurajskiej siekanki opartej na mandze autorstwa Kazuo Koike. W roli tytułowej Krwawej Śnieżynki - oczywiście Meiko Kaji.

Lubię ten film, zresztą jedyny z aktorką dostępny w Polsce i to dopiero od października ubiegłego roku. Patrzeć na eteryczną Meiko wymachującą kataną to czysta przyjemność. Ale jeszcze przyjemniej mi się Meiko słucha. Brzmi dla mnie trochę jak orientalna Irena Santor. Przynosi odprężenie i ukojenie. W czasie pracy, kiedy nerwowo przemieszczam się kursorem między jednym, drugim a fafnastym makowym okienkiem, to szczególnie cenne.

Oczarowania i rozczarowania 2009

No i kolejny filmowy rok zleciał. Dobry rok. Dobry szczególnie dla marzycieli, eskapistów, popkulturystów. W końcu najlepsze filmy w karierze pokazali Tarantino, Cameron i chłopaki z Piksara. Słowem - Ameryka górą. Czego nie można, niestety, powiedzieć o Europie. Z filmów godnych większej uwagi (czyli ponownego seansu) odnotowałem jedynie oskarowego "Slumdoga". Poza tym bieda niczym w hinduskich slumsach, którymi Boyle tak ładnie zdemitologizował Indie o obliczu Shahrukha Khana. Almodóvar, Haneke czy von Trier w nastroju powtórkowym i - co tu dużo ukrywać - przynudziastym. Brak nowych twarzy na miarę Mungiu ("4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni"), Bayony ("Sierociniec"), von Donnersmarcka ("Życie na podsłuchu"). Na rodzimym podwórku odkryciem nie był dla mnie na pewno przeceniany Lankosz, już prędzej Rosłaniec,choć z oceną jej talentu wstrzymam się, póki nie zaproponuje jakiegoś "niesamograja". No to przejdźmy do clue.

OCZAROWANIA:

  • "Avatar" - rewolucja technologiczna na miarę... może nie aż "Pięknej Lukanidy" (1910), ale już "Toy Story" (1995) jak najbardziej. Po raz pierwszy na cyfrowych twarzach odmalowano tyle różnorakich emocji. Po raz pierwszy od dzieciństwa przeszedłem na drugą stronę lustra i nie miałem ochoty wracać. Cameron z pasją i inteligencją (tak - głupcy nie mają wyobraźni) wykreował Inny Świat. Że posiłkował się przy tym klasycznymi schematami fabularnymi (ogrywanymi wcześniej w "Pocahontas", "Diunie" czy "Tańczącym z wilkami")? To zupełnie jak Szekspir. Wszystko już było. Nie bardzo rozumiem hejterów pomstujących na rzekomą głupotę tej baśni. Gdyby Na'vi modlili się do Heideggera, nie do Eywy, byłoby mądrzej? Jeśli Cameron zdecyduje się choćby na tryptyk, widzę tu szansę na zbudowanie mitologii pokroju "Gwiezdnych wojen".
  • "Odlot" - absolutnie odlotowy, wywrotowy i po prostu piękny. Bezpłodność, starość i śmierć w mainstreamowej amerykańskiej animacji. Brzmi surrealistycznie? Dzięki magikom ze studia Pixar stało się faktem. A najlepsze, że mimo podnoszenia tak ciężkich tematów, film ma lekkość baloników unoszących dom bohatera i z łatwością uwodzi widza w przysłowiowych granicach wiekowych od lat 3 do 103.
  • "Bękarty wojny" - totalnie nieprzewidywalny, fenomenalnie zagrany (czarny charakter roku - Christoph Waltz), kongenialny (jeśli nie lepszy) z "Pulp Fiction" i "Jackie Brown". Wiedziałem, że kino klasy B, wszelkie grindhouse'y i spaghetti westerny ma Tarantino w małym palcu, ale żeby i Leni Riefenstahl, i G.W. Pabsta? To jest bingo!
  • "Spotkanie" - reżyser "Dróżnika" i wzięty aktor (w jednym roku u Moodyssona, Gilroya, Emmericha i Petera Jacksona) o bezdusznym systemie, obcych swoich i swojskich obcych. Kino niezależne zza oceanu ostatnio goni w piętkę, ale McCarthy jest jednym z nielicznych, których warto oglądać. I słuchać. Plus rola życia (pierwsza pierwszoplanowa) mistrza drugiego planu, Richarda Jenkinsa.
  • "Obywatel Milk" - takiego Van Santa lubię. Nie twórcę pretensjonalnych artystycznych wydmuszek, nad którymi w ekstazie masturbują się krytycy (syscy tsej), tylko autora pobudzającego masową wyobraźnię ku lepszym myślom. Słowa uznania również dla Seana Penna - na co dzień macho bez poczucia humoru, tutaj w życiowej, zniuansowanej jak ta lala (!) roli lidera-czarusia. Zwraca też uwagę kapitalny montaż - tak perfekcyjnego wmontowania zdjęć archiwalnych w fabułę jeszcze nie widziałem.
  • "Slumdog. Milioner z ulicy" - pierwszorzędna robota realizacyjna. Multum wątków, retrospekcji i zwrotów akcji, a całość jednak spójna, klarowna i non stop trzymająca w napięciu. I mimo że już polski podtytuł zdradza zakończenie, bohaterowi kibicuje się do końca (często na krawędzi fotela) w grze o wielką kasę i wielką miłość. Czysty eskapizm na czasy kryzysu. I bardzo dobrze.
  • "Dystrykt 9" - nie będę oryginalny, twierdząc, że to najbardziej oryginalny SF ostatnich lat, jeśli nie dekad. Przy całej swej perfekcji technicznej porusza też - jakże ciekawiej niż choćby filmy Mike'a Leigh - drażliwe kwestie społeczne. Mnie najbardziej ujęła smutna refleksja nad marnością gatunku homo sapiens, który mimo postępu cywilizacyjnego (a w jakiejś tam części również przez niego) moralnie stoi niżej od byle krewetek. "Byle", bo mam na myśli nie tylko filmowe Krewetki z kosmosu. Niestety.
  • "Watchmen: Strażnicy" - znakomita ekranizacja jednej z najwybitniejszych powieści w historii literatury. Pierwowzór daje potężnego intelektualnego kopa, film dokłada emocje (czołówka! slow-motion! muzyka! Jeffrey Dean Morgan!), nie gubiąc przy tym przewrotnych idei Moore'a. Oczywiście nie było siły, by wykreowany na papierze świat Strażników przy transferze na ekran nie zubożał, ale takie już ograniczenia medium. Snyder i tak poradził sobie znakomicie.
  • "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" - ciekawy przypadek epickiego, nieco staromodnego kina, które w centrum stawia człowieka i jego historię. Nie ma tu wielkich mądrości czy odkrywczych treści. Jest sentymentalizm, zwyczajni-niezwyczajni i "życie jako pudełko czekoladek". Kto by pomyślał, że w Fincherze siedzi taki humanista?
  • "Koralina i tajemnicze drzwi" - wizualnie wysmakowana, poklatkowa ekranizacja mrocznej powieści Neila Gaimana. Henry Selick ("Miasteczko Halloween") spisał się na medal. Lepiej chyba nie dało się tego zrobić. Guziki już nigdy nie będą dla mnie takie jak wcześniej.
  • "Zombieland" - może wychodzi tu moje małe zboczenie na punkcie zombiaków, ale uchachałem się bardziej niż na "Kac Vegas". Nieprawdopodobnie zabawny film Fleischera pokazuje, że zombie movie - jakkolwiek paradoksalnie to brzmi - żyje i ma się dobrze. Obsada jest kapitalna, zaś Bill Murray daje poważny argument na stworzenie kategorii Oscara za najlepszy epizod.
  • "Star Trek" - tak mi się jakoś życie ułożyło, że nigdy nie miałem sposobności zostać Trekkiem. Reboot Abramsa sprawił, że teraz trochę żałuję - może poza ekscytowaniem się całym odświeżonym uniwersum z kapitalnymi bohaterami i one-linerami na poziomie najlepszych "Bondów" miałbym jeszcze dodatkową radochę z wyłapywania intertekstualnych żartów? Tak czy siak, sequel nowego "Star Treka" wpisuję wysoko na listę najbardziej wyczekiwanych premier.

ROZCZAROWANIA:

  • "Terminator: Ocalenie" - to nie jest tak, że ja tu oczekiwałem jakichś ambitnych czy odkrywczych treści. Przecież można zrobić fajny rozrywkowy film li tylko o robotach napieprzających się z ludźmi (patrz: "Transformers"). Ale do tego wypadałoby wiedzieć, co to narracja, co to ekspozycja, o prowadzeniu aktorów (nie pamiętam gorszego Bale'a) nie wspominając. A z McG taki reżyser, jak z McD ekskluzywna restauracja. Nie można było zatrudnić kogoś znającego się na, nomen omen, robocie?
  • "Spirit: Duch miasta" - Denny Colt nie zasłużył na tak denny film. Ładne dekolty hollywoodzkich aktorek są ładne, ale poza tak oczywistymi oczywistościami naprawdę nie ma tu nic więcej.
  • "W." - kto widział Jamesa Brolina w mini-serialu "Reaganowie", ten wie, że Brolinowie świetnie potrafią grać amerykańskich prezydentów. Szkoda tylko, że "W." też nie jest mini-serialem, bo jako dwugodzinny film kinowy z epizodyczną strukturą nie wychodzi, niestety, poza dość schematyczną przypowiastkę typu "na złość ojcu odmrożę sobie uszy (ewentualnie zostanę najpotężniejszym człowiekiem na świecie)". Trochę trudno uwierzyć, że cała kariera Dabliu została zdefiniowana wyłącznie przez kompleks Prometeusza. W ambitnej biografii to powinien być jeden z wątków pobocznych, a nie główna oś dramatu.
  • "Che: Rewolucja" - trudno oceniać ten film jako samodzielny byt, kiedy człowiek ma nadzieję, że w drugiej części Soderbergh powie coś więcej o Guevarze, zastanowi się nad jego motywacjami, zgłębi skomplikowany charakter. Tu mamy tylko wideoklip z dziejów rewolucji kubańskiej, zaś o samym Che, jak i przy okazji Fidelu Castro, dowiadujemy się tyle, że "trzeba być trochę szalonym", aby obrać taką ścieżkę kariery, jak oni. Ano trzeba, panie dzieju, trzeba. I?
  • "2012" - ależ nudny ten koniec świata. I pisze to fan głupawych blockbusterów spod znaku Baya czy Emmericha. Ja naprawdę lubię nawet te nieprawdopodobne ucieczki przed śmiercią w ostatniej setnej sekundy, ale przebóg! - tutaj co kilka minut ktoś (przeważnie Cusack z rodziną) pakuje się w sytuację z szansą przeżycia jak jeden do miliarda. Powiedzieć, że Emmerich przeskoczył rekina to za mało, on nakręcił "dzieło", przy którym "Dzień Niepodległości" wygląda na film dokumentalny.

Na koniec chciałbym jeszcze przyznać wyróżnienie w kategorii Postać Roku. And the winner is... Neytiri! Nie przeżyłem takiej fascynacji od czasu młodzieńczego zauroczenia się G'wel ze "Szninkiela". Że ziemskie dziewczyny są fajniejsze? Idźcie na "Avatara", to zrozumiecie.