W czwartej części swojego frapującego katechizmu krytyka filmowego Michał Oleszczyk wzywa krytykanckie bractwo do postawy mesjanistycznej. Tym samym, niestety, popada w ideologię ("to trzeba, tamtego nie wolno"), od której tak inteligentnie odżegnywał się w drugim odcinku cyklu. Nie uważam za słuszne definiowanie zawodu krytyka poprzez wspólną postawę. Krytyce potrzebne są nisze, specjalizacje, dyferencje. Nie musimy być wszyscy Jackami od wszystkiego. Otwartość, znajomość, nawet pokora wobec wszelkich nurtów i odłamów kina - jak najbardziej. Ale nie narzucony odgórnie "rodzaj nastawienia wobec świata". Nie czuję się w obowiązku składać siebie samego w ofierze na ołtarzu sztuki, męcząc się okrutnie na przykład na filmach Jamesa Benninga. Kult cierpiętnictwa jest mi obcy tak w życiu, jak i w kinie. Jeśli w oczach Oleszczyka pozbawia mnie to prawa do tytułowania się krytykiem, nie będę rozpaczał.
You can call me Susan if it makes You happy.
Ową niezbyt fortunną proklamacją MO zyskuje jednak popleczników. W komentarzu pod tekstem Joanna Malicka oświadcza, że "krytyk z autorytetem to krytyk z jakimiś poglądami z jednej strony, ale z drugiej potrafiący odrzucić swoje prywatne spojrzenie i ocenić film... obiektywnie. Takich ludzi się ceni". W odpowiedzi autor "podpisuje się obiema rękami", czym nieco mnie konfunduje, bo jednak pod większością punktów jego krytykanckiego regulaminu i ja mógłbym machnąć parafkę, a tu nagle zwrot akcji jak u Shyamalana. Cóż jednak począć, będę musiał jakoś przeżyć brak szacunku ze strony wyżej wymienionych (wyłączając - mam nadzieję! - Shyamalana), bowiem niewiele jest rzeczy, z którymi mógłbym nie zgodzić się w takim stopniu, jak z komentarzem Malickiej.
Jeżeli już w ogóle przyjmiemy istnienie takiego abstraktu jak obiektywizm, miarę "obiektywną" będziemy mogli przyłożyć jedynie do warstwy technicznej danego dzieła, a to i tak poruszając się jedynie w obrębie narzuconych nam kulturowo norm estetycznych. Nie przyłożymy zaś w ogóle takiej miary do sfery światopoglądowej (bo obiektywnie każdy pogląd, zgodny z naszym czy nie, będzie tak sam ważny), intelektualnej (bo to, co dla jednego odbiorcy będzie truizmem, dla innego może stanowić prawdę objawioną) i nade wszystko emocjonalnej, na którą decydujący wpływ mają takie czynniki jak nasza osobista wrażliwość i życiowe doświadczenie. Jako tako obiektywnie można więc oceniać filmy (i sztukę w ogóle) jedynie pod względem walorów formalnych, dlatego w takim ujęciu wiele utworów zbierałoby punkty ekstra już za sam profesjonalny kształt.
Ponadto, krytyk, który "odrzucałby swoje prywatne spojrzenie" na rzecz obiektywizmu, łatwo mógłby wpaść w pułapkę unifikacji, zatracając tym samym indywidualny charakter i świeżość postrzegania. Odnoszę zresztą wrażenie, że polska krytyka w dużej mierze tym właśnie stoi; wyraźnie da się wyczuć a to strach przed rewizjonistycznym podejściem do klasyka, co mogłoby spowodować ostracyzm ze strony środowiska, a to z kolei schlebianie pupilkom w rodzaju Almodóvara czy Hanekego. Prowadzi to niekiedy do zabawnych paradoksów, np. z treści recenzji wynika inna ocena niż z ilości przyznanych gwiazdek czy punktów; amerykański horror i europejski dramat dostają tę samą notę, mimo że pierwszy był oceniony pozytywnie, a drugi - negatywnie.
Nie zmieni się to, jeśli polska krytyka nadal będzie stanowić jednolitą, jednomyślną masę. Otwieram "Film" czy "Kino" i nie potrafię rozróżnić po charakterze pisma jednego recenzenta od drugiego (sprawdzić, czy nie poeta Maciejewski). Brakuje wyrazistych osobowości. Zygmunt Kałużyński przeszedł do historii, bo nie bał się kwestionować, patrzeć skrajnie subiektywnie, podnosić pióro na autorytety pokroju Holland czy Zanussiego. Kałużyński nie był nieomylny, ale był erudytą-pasjonatem, mistrzem dygresji i anegdoty - potrafił w recenzji czy dyskusji pozornie oddalić się od tematu najdalej jak można, po czym okazywało się, że on ciągle mówi o filmie! Ale nie utartymi frazesami, jałowymi formułkami, od jakich roi się w tekstach współczesnych krytyków. Ekspresyjnym, z miejsca rozpoznawalnym stylem.
Miał też Kałużyński poczucie humoru, o co nie można, niestety, posądzić dzisiejszych analityków kina. A jak dowodził inny nasz wybitny krytyk, Antoni Słonimski, "brak poczucia humoru nie zawsze jest dowodem powagi". Ano nie zawsze, przeważnie zresztą mamy dziś do czynienia z mało poważnym wodolejstwem - kolejną zmorą rodzimej krytyki. Wielu recenzentów czy publicystów często nie ma nic ciekawego do powiedzenia, choć - oddając sprawiedliwość - nierzadko też sam film nie prowokuje do odkrywczych myśli. W takich sytuacjach jakże chętniej niż z kolejną podobną, schematyczną recenzją, zapoznawałbym się z błyskotliwymi, dowcipnymi opiniami w rodzaju tych, z których słynął Słonimski. Dla przykładu, fragment jego recenzji "Tajemnicy przystanku tramwajowego" (1922, reż. Jan Kucharski): "Jest to przystanek, na którym zaiste nie warto by przystanąć, gdyby nie należało się po nim przejechać". Albo taki prztyczek w kierunku pewnej sztuki teatralnej wystawianej w warszawskim Teatrze Nowym: "Ta wstrząsająca tragedia serc ludzkich opowiedziana jest z lekkością i błyskotliwością, jaką odznacza się nocnik wyrzucony na śmietnisko. Lekkie to, ma połysk, ale usiedzieć już na tym nie sposób". Czyż nie kapitalne? Bez wątpienia Antoni Słonimski byłby dziś najlepszym spośród tetryków.
Przywołuję ich zresztą nieprzypadkowo, bo samą ideę Zgryźliwych Tetryków czy - w szerszej skali - serwisów metakrytycznych bardzo sobie chwalę. I nie tylko ja - dzięki nim statystyczny widz dostaje cenne wskazówki, na co warto się wybrać. Cenne, bo - jak pisze Wojtek Orliński - dostarczają "pewnej praktycznej namiastki obiektywnej oceny wartości dzieła sztuki". Tej "namiastki obiektywizmu" nie dostarczy jednak pojedynczy krytyk. Dlatego dobrze znaleźć takiego, którego gust będzie kompatybilny z naszym. Wbrew pozorom to nie takie łatwe. Ale jeśli się uda, to wcale nie oznacza, że tych "niekompatybilnych" nie warto już czytać. Ich warto być może nawet bardziej! Mnie na przykład tylko teksty kolegów, z którymi się nie zgadzam, prowokują do intelektualnego wysiłku, podjęcia polemiki, czasem nawet przewartościowania własnych poglądów, przyznania się do błędu. Gdybym był zunifikowany z Michałem Oleszczykiem postawą wobec świata i kina, jeden z nas byłby zwyczajnie niepotrzebny.
piątek, 26 lutego 2010
czwartek, 25 lutego 2010
Splagiatowany Spike
Zupełnie przez przypadek, guglając egzotyczny wyraz "nazwiśnik", trafiłem na blog niejakiej Mruczin, gdzie odkryłem swój artykuł o Spike'u Lee, opublikowany kilka lat temu w "Ślizgu". Blogerka-blagierka dopisała jeden akapit o hip-hopie, zaktualizowała co nieco (gdy pisałem ten tekst, prezydentem USA był Bush, a Thierry Henry grał w Arsenalu), ale cała reszta jest skopiowana słowo w słowo!

No jak tak można...

No jak tak można...
środa, 24 lutego 2010
Inwazja złego smaku
Sekwencja początkowa "Inwazji" (2005) jest rozkoszna. Z dalekiego planu widzimy walijską łąkę, gdzie pośród megalitów jeden punkcik napiera na drugi. Nagłe zbliżenie i po ślepiach wali nas odblask męskich pośladków. Punkciki okazują się parą kopulującą w najlepsze. Wtem na niebie nad nimi pojawia się UFO. W sposób klasyczny zostają wessani przez promień do wnętrza pojazdu. Kosmici o wyglądzie niedorobionego miksu Obcego z Predatorem związują ich w trymiga, po czym ogromnym wiertłem wwiercają się chłopakowi w odbyt. Na ekran bryzga strumień cyfrowej krwi, a wraz z nią wjeżdża oryginalny tytuł "Evil Aliens".

Po takim wstępie już dokładnie wiadomo, czego się spodziewać po filmie Brytyjczyka Jake'a Westa. Niestety, ten wczesny-Peter-Jackson-wannabe spełnia oczekiwania tylko połowicznie. "Inwazja" jest tak przedobrzona pod względem debilnego humoru i rozmyślnie złego aktorstwa, że po kilkunastu minutach zaczyna zwyczajnie nużyć. Camp też ma wbrew pozorom jakieś granice. Poza tym nie wystarczy zastąpić kosiarki z "Martwicy mózgu" podkaszarką, a krew dorobić potem na komputerze, by stworzyć nowy obiekt kultu. Nawet najlepsze CGI nigdy nie dorównają w tej akurat niszy efektom protetycznym. W sumie fani gatunku mogą rzucić okiem, ale w zupełności wystarczy raz i to pobieżnie.

Po takim wstępie już dokładnie wiadomo, czego się spodziewać po filmie Brytyjczyka Jake'a Westa. Niestety, ten wczesny-Peter-Jackson-wannabe spełnia oczekiwania tylko połowicznie. "Inwazja" jest tak przedobrzona pod względem debilnego humoru i rozmyślnie złego aktorstwa, że po kilkunastu minutach zaczyna zwyczajnie nużyć. Camp też ma wbrew pozorom jakieś granice. Poza tym nie wystarczy zastąpić kosiarki z "Martwicy mózgu" podkaszarką, a krew dorobić potem na komputerze, by stworzyć nowy obiekt kultu. Nawet najlepsze CGI nigdy nie dorównają w tej akurat niszy efektom protetycznym. W sumie fani gatunku mogą rzucić okiem, ale w zupełności wystarczy raz i to pobieżnie.
wtorek, 23 lutego 2010
Baadasssss!

"Sweet Sweetback's Baadasssss Song" (1971) jest legendą. To on oficjalnie dał zaczątek nurtowi blaxploitation. Tak jak gangsta raperzy podniecają się przede wszystkim "Scarface'em", tak wielu czarnoskórych artystów starszej daty jako film, który miał na nich największy wpływ, wymienia właśnie obraz Melvina Van Peeblesa. Ponoć śp. Richard Pryor przy pierwszej styczności ze "Sweet Sweetback's..." był tak oczarowany, że kazał operatorowi projektora puszczać go sobie wciąż od nowa i z kina wyszedł dopiero po 12 godzinach.
Dziś ciężko wysiedzieć na nim przez jedyne 90 minut. Odrzuca partyzanckim wykonaniem, pretekstową fabułą (męska prostytutka ucieka do Meksyku po zamordowaniu dwóch policjantów znęcających się nad młodym bojówkarzem Czarnych Panter) i mizoginią posuniętą dalece bardziej niż w teledyskach 50 Centa. Ale Pryorowi nie ma się co dziwić. Po raz pierwszy w życiu obcował z filmem w całości nakręconym przez czarnych, opowiadającym o czarnych i przeznaczonym dla czarnych. Filmem tak skrajnie autorskim - Van Peebles sam jeden go wyreżyserował, zmontował, napisał scenariusz i muzykę, wystąpił w roli głównej i oczywiście wyłożył nań kasę (150 tysięcy zielonych, w tym jedna trzecia pożyczona od Billa Cosby'ego), gdyż dla wszystkich co do jednego producentów z hollywoodzkich studiów sam pomysł projektu był tak irracjonalny, że Melvin zazwyczaj odprowadzany był do drzwi przez z trudem skrywane drwiące uśmieszki. Ale ten się śmieje, kto się śmieje ostatni - "Sweet Sweetback's..." szturmem zdobył murzyńską publiczność, wyciągając z kas 15 milionów dolarów.

W filmie debiutował (w scenie erotycznej!) 14-letni wówczas Mario Van Peebles. Trzydzieści dwa lata później ten - tak jak ojciec - człowiek-orkiestra postanowił oddać hołd staruszkowi, kręcąc na podstawie jego wspomnieniowej książki film o procesie powstawania tegoż prekursorskiego dla blaxploitation dzieła. I o ile "Sweet Sweetback's..." jest dziś wart uwagi głównie przez wzgląd na swój społeczno-kulturowy kontekst, tak "How to Get the Man's Foot Outta Your Ass" (2003) znamionuje się pasją, wobec której nie sposób przejść obojętnie. W ekscytujący i niepozbawiony inteligentnego humoru sposób Mario (sam wcielający się, rzecz jasna, w Melvina) tworzy pean nie tylko na cześć jednego faceta, ale wszystkich tych, którzy nie zawahają się przed niczym w urzeczywistnianiu swych marzeń. A do tego celnie i urokliwie oddaje gorączkową atmosferę lat 70. Nie pierwszy to raz w historii kina (por. "Ed Wood" Tima Burtona, "Głęboko w gardle" Fentona Baileya i Randy'ego Barbato) opowieść o kształtowaniu się legendy okazała się wartościowsza od samej legendy.
poniedziałek, 22 lutego 2010
Zmiana na lepsze
Stali (czyt. syscy tsej) Czytelnicy mojego bloga zapewne od razu zauważyli, że zdecydowałem się na zmianę jego nazwy. Z trzech zasadniczych powodów.

Po pierwsze, "Wszędzie dobrze, ale w kinie najlepiej" od początku wydawał mi się tytułem tyleż trafnie odzwierciedlającym moje preferencje i zamiłowania, co zdecydowanie za długim i nieszczególnie chwytliwym. Pewnie, że najważniejsza jest zawartość merytoryczna, ale nie wiem, czy sam (zakładając, że nie kojarzę autora) poleciłbym komuś blog o takiej nazwie - choćby z tego względu, że mógłbym jej po prostu nie zapamiętać.
Po drugie, nazwa powinna jak najlepiej oddawać charakter bloga, a poprzednia mogła być myląca, o czym świadczy chociażby komentarz Konrada Wągrowskiego pod notką poświęconą komiksowi: "Hej, ale tu miało być o kinie!". Oczywiście, miało być, ale głównie, a nie wyłącznie, bo mimo że X muzę ukochałem sobie nad inne sztuki, to jednak tak jak szanowny kolega pozostaję popkulturystą.
Po trzecie wreszcie, kanał Kuchnia.tv zaczął ostatnio reklamować swój program trawestacją bardzo zbliżoną do tej, której ja użyłem, czyli "Wszędzie dobrze, ale w Kuchni.tv najlepiej". Niby nic takiego, ciężko w dzisiejszych czasach być oryginalnym, ale ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał dla tego bloga, to skojarzenia kulinarne. No, może poza reakcjami w stylu "To było naprawdę dobre!".
Tak więc, nie przynudzając dłużej, stałych i nowych Czytelników serdecznie zapraszam do Popserwatorium.
Photo Credit

Po pierwsze, "Wszędzie dobrze, ale w kinie najlepiej" od początku wydawał mi się tytułem tyleż trafnie odzwierciedlającym moje preferencje i zamiłowania, co zdecydowanie za długim i nieszczególnie chwytliwym. Pewnie, że najważniejsza jest zawartość merytoryczna, ale nie wiem, czy sam (zakładając, że nie kojarzę autora) poleciłbym komuś blog o takiej nazwie - choćby z tego względu, że mógłbym jej po prostu nie zapamiętać.
Po drugie, nazwa powinna jak najlepiej oddawać charakter bloga, a poprzednia mogła być myląca, o czym świadczy chociażby komentarz Konrada Wągrowskiego pod notką poświęconą komiksowi: "Hej, ale tu miało być o kinie!". Oczywiście, miało być, ale głównie, a nie wyłącznie, bo mimo że X muzę ukochałem sobie nad inne sztuki, to jednak tak jak szanowny kolega pozostaję popkulturystą.
Po trzecie wreszcie, kanał Kuchnia.tv zaczął ostatnio reklamować swój program trawestacją bardzo zbliżoną do tej, której ja użyłem, czyli "Wszędzie dobrze, ale w Kuchni.tv najlepiej". Niby nic takiego, ciężko w dzisiejszych czasach być oryginalnym, ale ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał dla tego bloga, to skojarzenia kulinarne. No, może poza reakcjami w stylu "To było naprawdę dobre!".
Tak więc, nie przynudzając dłużej, stałych i nowych Czytelników serdecznie zapraszam do Popserwatorium.
Photo Credit
piątek, 19 lutego 2010
Love aktualnie
Na "Esensji" pojawił się już cały spóźniony ranking walentynkowy, czyli "50 najlepszych filmów o miłości". Z powodu permanentnego braku czasu opisałem tam pokrótce, pod kątem miłosnym, jedynie trzy filmy, które jednakowoż bardzo sobie cenię: "Miłość Larsa", "Prawdziwy romans" i "Tajemnicę Brokeback Mountain".

Z kolejnością czy nawet obecnością na liście niektórych pozycji osobiście ciężko mi się zgodzić, ale że całość jest wynikiem demokratycznego głosowania, nie mogło być inaczej. Tak czy owak, każdy Nowak powinien znaleźć w tym zestawieniu filmy mu bliskie. Chyba że w ogóle nie lubi kina, ale w takim razie szanse, że czyta to zdanie, są bardzo niewielkie.

Z kolejnością czy nawet obecnością na liście niektórych pozycji osobiście ciężko mi się zgodzić, ale że całość jest wynikiem demokratycznego głosowania, nie mogło być inaczej. Tak czy owak, każdy Nowak powinien znaleźć w tym zestawieniu filmy mu bliskie. Chyba że w ogóle nie lubi kina, ale w takim razie szanse, że czyta to zdanie, są bardzo niewielkie.
czwartek, 18 lutego 2010
Niejednolite jedno kino
W analizowanym notkę niżej "Precious" bohaterowie (poza nauczycielką graną przez Paulę Patton) są mniej lub bardziej antypatyczni - nawet tytułową postać, z jej kamienną miną niewyrażającą żadnych emocji i flegmatycznym sposobem bycia, dużo łatwiej obdarzyć współczuciem niż sympatią.
Co innego w również startującym w tegorocznym wyścigu oscarowym "The Blind Side". Tutaj wszyscy dają się z miejsca polubić, a do miana największego czarnego charakteru pretenduje jedyny nauczyciel z całego grona pedagogicznego, który nie chce bohaterowi wystawić pozytywnej oceny. Zaś ów bohater - Michael Oher (Quinton Aaron) - to poczciwina jakich mało. Wielki, zwalisty, mrukliwy, niezbyt rozgarnięty misiek o wiecznie maślanych oczach i rozbrajającym uśmiechu. Każą się uczyć, to się uczy, choć przychodzi mu to z trudem. Każą grać w futbol, to gra, choć początkowo też przychodzi mu to z trudem, bo już łatwiej wyprowadzić z równowagi dalajlamę.

Gabarytowo i charakterologicznie Michael przypomina zatem Precious; tak jak ona zresztą pochodzi z getta i patologicznej rodziny, tak jak ona wychodzi na prostą dzięki bezinteresownej pomocy osób trzecich. Ale na treściowych zbieżnościach analogie między filmami Lee Danielsa i Lee Hancocka się kończą. "Precious" to obraz poetycki, "brudny", niełatwy w odbiorze. "The Blind Side" - wyglancowany na połysk, barwny, przyjemny. No i... bardzo dobrze! Familijny dramat z cyklu "od zera do bohatera" nie sprawdziłby się w konwencji à la "Precious" i vice versa - z "Precious" nakręconego w stylu "The Blind Side" otrzymalibyśmy "Młodych gniewnych" bis.
Oparta na faktach (tradycyjnie podkolorowanych, ale bez większych przekłamań), niesamowita w gruncie rzeczy historia Ohera z premedytacją wpasowuje się więc w schematy asymilacyjnych filmów sportowych pokroju "Tytanów", "Radia" czy "Drogi sławy". Z tegoż względu wielu tzw. wyrobionych widzów skreśli "The Blind Side" już na starcie. Ich sprawa, dla mnie istotne jest to, że w swych jasno sprecyzowanych ramach, jako pokrzepiający generator prostych wzruszeń, film sprawdza się świetnie. Doskonale też w tej formule odnajduje się Sandra Bullock - bardzo wiarygodna w roli przebojowej republikanki o złotym sercu, na pewno nie mniej zasługująca na statuetkę golasa niż Meryl Streep za kreację Julii Child.
Słowem, kino niewskazane dla snobów i piewców wyrafinowanego artyzmu jako jedynie słusznej drogi, ale pluralistom tudzież zwolennikom bezpretensjonalnej rozrywki powinno się spodobać. W sumie to wspaniałe, że dzięki niezmierzonej rozpiętości X muzy w jednym czasie przychodzi do nas i Precious, i Michael Oher; i Jake Sully, i Wikus Van De Merwe. Tak różni i tak podobni; tacy sami, a jednak zupełnie inni.
Co innego w również startującym w tegorocznym wyścigu oscarowym "The Blind Side". Tutaj wszyscy dają się z miejsca polubić, a do miana największego czarnego charakteru pretenduje jedyny nauczyciel z całego grona pedagogicznego, który nie chce bohaterowi wystawić pozytywnej oceny. Zaś ów bohater - Michael Oher (Quinton Aaron) - to poczciwina jakich mało. Wielki, zwalisty, mrukliwy, niezbyt rozgarnięty misiek o wiecznie maślanych oczach i rozbrajającym uśmiechu. Każą się uczyć, to się uczy, choć przychodzi mu to z trudem. Każą grać w futbol, to gra, choć początkowo też przychodzi mu to z trudem, bo już łatwiej wyprowadzić z równowagi dalajlamę.

Gabarytowo i charakterologicznie Michael przypomina zatem Precious; tak jak ona zresztą pochodzi z getta i patologicznej rodziny, tak jak ona wychodzi na prostą dzięki bezinteresownej pomocy osób trzecich. Ale na treściowych zbieżnościach analogie między filmami Lee Danielsa i Lee Hancocka się kończą. "Precious" to obraz poetycki, "brudny", niełatwy w odbiorze. "The Blind Side" - wyglancowany na połysk, barwny, przyjemny. No i... bardzo dobrze! Familijny dramat z cyklu "od zera do bohatera" nie sprawdziłby się w konwencji à la "Precious" i vice versa - z "Precious" nakręconego w stylu "The Blind Side" otrzymalibyśmy "Młodych gniewnych" bis.
Oparta na faktach (tradycyjnie podkolorowanych, ale bez większych przekłamań), niesamowita w gruncie rzeczy historia Ohera z premedytacją wpasowuje się więc w schematy asymilacyjnych filmów sportowych pokroju "Tytanów", "Radia" czy "Drogi sławy". Z tegoż względu wielu tzw. wyrobionych widzów skreśli "The Blind Side" już na starcie. Ich sprawa, dla mnie istotne jest to, że w swych jasno sprecyzowanych ramach, jako pokrzepiający generator prostych wzruszeń, film sprawdza się świetnie. Doskonale też w tej formule odnajduje się Sandra Bullock - bardzo wiarygodna w roli przebojowej republikanki o złotym sercu, na pewno nie mniej zasługująca na statuetkę golasa niż Meryl Streep za kreację Julii Child.
Słowem, kino niewskazane dla snobów i piewców wyrafinowanego artyzmu jako jedynie słusznej drogi, ale pluralistom tudzież zwolennikom bezpretensjonalnej rozrywki powinno się spodobać. W sumie to wspaniałe, że dzięki niezmierzonej rozpiętości X muzy w jednym czasie przychodzi do nas i Precious, i Michael Oher; i Jake Sully, i Wikus Van De Merwe. Tak różni i tak podobni; tacy sami, a jednak zupełnie inni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)