piątek, 29 stycznia 2010

Jaja i fujary

Kilkanaście tygodni temu głośno było o tym, jak to źli producenci zmienili Kevinowi Smithowi "kontrowersyjny" tytuł jego nowego filmu z "A Couple of Dicks" na "Cop Out". Polski dystrybutor jednakowoż zainspirował się, nie wiedzieć czemu, właśnie roboczym tytułem i wyszły mu... "Fujary na tropie". Że jak?! Ani chybi mamy tegoroczne "Jaja w tropikach". Nawiasem mówiąc, co ich tak ciągnie w stronę genitalnych skojarzeń? Porobili jakieś sondaże, z których wyszło, że obleśne asocjacje wpływają na frekwencję, czy co?

Co prawda dopiero styczeń, ale szczerze wątpię, by coś przebiło te nieszczęsne "Fujary". Niemniej są już i inni kandydaci do ścisłej czołówki:
Ach, i jeszcze zamieszanie z "The Box". Najpierw miało być "The Box. Pudełko". Potem skrócili do samego "Pudełka". Teraz zmienili na "The Box. Pułapka". Czekam jeszcze na oficjalnego maila z zapewnieniem, że naprawdę ostatecznie ostatecznym tytułem będzie "Pudełkiem po łapkach".

środa, 27 stycznia 2010

Nieskomplikowane, ale niegłupie

Nie sugerujcie się tytułem. Nowa komedia romantyczna Nancy Meyers nie jest bardziej skomplikowana niż klasyczne filmy gatunku z udziałem Doris Day, Rocka Hudsona i Tony'ego Randalla. Jest za to równie przyjemna i urokliwa co tamte ramotki.

Jane, Jake i Adam z "To skomplikowane" przywodzą na myśl miłosne trójkąty z "Kochanku, wróć" (1961) czy "Nie przysyłaj mi kwiatów" (1964). Charakterologicznie, bo przedemerytalnym wiekiem bliżej im do bohaterów jednej z wcześniejszych komedii Meyers, "Lepiej późno niż później" (2003). Tam też sercowe zawirowania były znacznie bardziej zawiłe (podstarzały playboy rywalizował ze swoim młodym lekarzem o względy matki swojej młodej kochanki) niż tutaj, gdzie cała rzekoma komplikacja sprowadza się do ognistego romansu z byłym mężem, który stawia poukładany świat Jane na głowie.

Meryl Streep jako Jane znów wspaniale gotuje, a jej specjalnością są francuskie wypieki. Jednak bardziej niż jowialną Julię Child przypomina Donnę Sheridan z "Mamma Mia!", tyle że w wersji upper-middle-class - nie boryka się co prawda z problemami finansowymi (jest właścicielką świetnie prosperującej cukierni), ale też szamoce się z życiem w pojedynkę i samotnie wychowuje potomstwo, nie tracąc przy tym pogody ducha (...).



Cała recenzja na łamach "Esensji".

wtorek, 26 stycznia 2010

Kultura testosteronu

Komunikat prasowy Warnera pozbawił mnie złudzeń co do poziomu polskiego kina rozrywkowego w najbliższych latach:

"Firma Warner Bros. Entertainment Polska zawarła umowę dotyczącą produkcji i dystrybucji filmów z wybitnym polskim producentem, scenarzystą i reżyserem filmowym, Andrzejem Saramonowiczem oraz jego firmą producencką San Graal. Zgodnie z umową w latach 2010–2011 partnerzy wyprodukują wspólnie co najmniej dwa filmy w języku polskim (...)".

Co najmniej dwa? O mój Boże, czyli może być ich więcej? Nie narzekałbym, gdybym wierzył, że Saramonowicz jest w stanie zaproponować nam coś poza "Testosteronem 2" i "Lejdis 2" (mogą być dla zmyłki pod innymi tytułami). Ale jakoś nie wierzę, sorry. Za to Richard J. Fox, wiceprezes Warner Bros. Picture International, wierzy z całą mocą:

"(...) Ogromnie cieszy nas możliwość udzielenia Andrzejowi Saramonowiczowi wsparcia przy wielu ciekawych projektach. Dzięki temu będziemy mogli wesprzeć polski przemysł filmowy i mieć istotny wkład w rozwój kultury polskiej (...)".

Przepraszam, ale rozwój czego? Kultury? KULTURY? K-U-L-T-U-R-Y? Czy my na pewno mówimy o tym samym Saramonowiczu? Niepewnie lurkam dalej tekst komunikatu. Tak, tym samym. Ego bez zmian:

"Warner Bros. to ikona światowego przemysłu filmowego. Współpracę z tak wybitną marką - dla której tworzyli i tworzą najznamienitsi giganci kina - traktuję jako niezwykłe wyróżnienie. To dla mnie również potwierdzenie, iż ryzykowna droga, którą wybrałem na początku kariery - robienie ambitnego kina dla szerokiej widowni - okazała się słuszna (...)".

Nie, panie Andrzeju. Nie, nie i jeszcze raz nie. "Ambitne kino dla szerokiej widowni" (choć oczywiście nie tak szerokiej jak pańska) to robi w tym kraju Marek Koterski. Pan z kolei nie robi nawet "nieambitnego kina dla szerokiej widowni". To działka Juliusza Machulskiego. Pan robi co najwyżej szmiry dla szerokiej widowni. Głównie tej szerokiej w barach, napakowanej testosteronem i ze swoimi wysolariowanymi lejdis przy boku. Tej, która może mieć istotny wkład w rozwój polskiej kulturystyki, ale na pewno nie kultury.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Tetrys



Jedyna wersja tej kultowej gry, w której chodzi o to, by jak najszybciej pole zapełnić, a nie wyczyścić.

sobota, 23 stycznia 2010

Mroczne widmo translacji

"The Ghost Writer", nowy film Romana Polańskiego, wejdzie do naszych kin jako "Autor widmo". Jezus Maria, jak to koślawo brzmi! Widać, że autor przekładu (nie widmo, tylko ponoć sam pan Roman) rzadko używa języka polskiego.

Co ciekawe, służąca za podstawę filmu książka Roberta Harrisa (w oryginale "The Ghost") ukazała się u nas w październiku ubiegłego roku pod tytułem "Ghostwriter".



I prawidłowo. "Ghostwriter" to może nie jest "sex shop", ale nie jest to też chyba wyraz na tyle egzotyczny, by dla zwiększenia frekwencji w kinach musieć go tłumaczyć? Dziwne tym bardziej, że ten sam dystrybutor kilka miesięcy temu wprowadził film "Gamer" pod oryginalnym tytułem, podczas gdy właśnie wtedy tłumaczenie byłoby jak najbardziej na miejscu. No chyba że to jakaś nowomowa:

- Cześć, Jacek, masz już tę nową gejm? Może pogejmerujemy?
- Sorry, stary, ale od kiedy zostałem autorem widmem tego nowego emo bandu, kompletnie nie mam czasu.

piątek, 22 stycznia 2010

It's still alive!

Jak dowiedziałem się z komentarza kolegi Bartka pod ostatnią notką, pilot serialu na motywach genialnej serii komiksowej "The Walking Dead" jest już klepnięty. Pisze i reżyseruje Frank Darabont, co jest raczej dobrą wiadomością, bo mimo ostatniej wpadki, to w końcu facet, który ma na koncie najbardziej lubiany film wszech czasów. Poza tym wiadomo, że u Darabonta to człowiek, nie zombie, będzie najważniejszy.



Czekam z niecierpliwością, bo martwe mięso wbrew pozorom ciągle jest świeże, czego dowodem znakomite ubiegłoroczne nazi-zom-com "Dead Snow" i rom-zom-com "Zombieland", inspirowany ponoć równie świetnym - jeśli wierzyć recenzjom i opiniom znajomych - fps-em "Left 4 Dead 2" (miałem kupić konsolę, kiedy córka trochę podrośnie, ale jak patrzę na screeny z tej gry, to mam ochotę zaraz lecieć do jakiegoś Saturna).

Modne stają się też zombie-wariacje na temat klasyki - "Romeo & Juliet vs. The Living Dead" wygląda nieźle, ale prawdziwym hitem może być "Duma i uprzedzenie i zombie" z Natalie Portman w obsadzie, Davidem O. Russellem na reżyserskim stołku i Richardem Kellym jako producentem. Jeśli projekt wypali, z radością powitam następne - wyobrażam sobie na przykład kolejny film o Titaniku, w którym powodem katastrofy nie będzie zderzenie z górą, a żywe trupy na pokładzie.

No i sequele sprawdzonych przebojów - "Zombieland 2", "28 miesięcy później". Pożywienia nie zabraknie.

czwartek, 21 stycznia 2010

Życie jako pudełko

Nie, nie czekoladek. Obejrzałem kilka dni temu nowy film Ryszarda K. i od tamtej pory nie mogę się pozbyć z głowy tego oto cytatu:

"Your home is a box. Your car is a box on wheels. You drive to work in it. You drive home in it. You sit in your home, staring into a box. It erodes your soul, while the box that is your body inevitably withers... then dies. Where upon it is placed in the ultimate box, to slowly decompose."

Te podnoszące na duchu słowa wypowiada niejaki Arlington Steward, fenomenalnie zagrany przez Franka Langellę. Z widoku na wpół spalonej twarzy Stewarda też nie mogę się otrząsnąć.



A sam film? Nie znałem opowiadania Mathesona ani odcinka "Twilight Zone", na których został oparty, dlatego po trailerze nastawiałem się na horror. Tymczasem to thriller SF, z naciskiem na SF, który ma więcej wspólnego z "Donnie Darko", niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Świeżo po seansie moją pierwszą reakcją było jednak WTF i jakkolwiek ujęły mnie poszczególne składowe, mnogość tropów interpretacyjnych oraz fakt, że film NAPRAWDĘ wygląda na nakręcony w latach 70., kompozycja całości nie zachwyciła. Ale tak samo miałem z "Donnie Darko", dopóki nie wpłynąłem na suchego przestwór internetu, i "Southland Tales", dopóki nie zapoznałem się z komiksami.

Teraz, po wyczerpującym googlingu, już wiem, że "The Box" pozostawi trwały ślad. Bo tak jak wcześniejsze filmy Kelly'ego, abstrahując od ich wartości czysto artystycznej, dostarcza intrygującego materiału do przemyśleń, poszukiwań, inspiracji. Chyba zacznę studiować filozofię.