wtorek, 9 lutego 2010

Małpowanie Romero

Siedemdziesiąte urodziny nestora horroru George'a A. (Quentin Tarantino rozwija to jako "A fucking genius") Romero, które ten obchodził przed kilkoma dniami, uczciłem seansem "Małpiej intrygi". Rzecz wyłącznie dla miłośników gatunku, chyba że ktoś chce sprawdzić, w czym zaczynali Stephen Root czy Stanley Tucci. Nikomu innemu z czystym sumieniem nie mógłbym zarekomendować, ale sam obejrzałem z pobłażliwym uśmiechem i bez irytacji. Grunt to oczywiście odpowiednie nastawienie, bo główni bohaterowie - niestety wbrew intencjom twórcy - są tak antypatyczni i podejmują tak absurdalne decyzje, że kibicowanie nie im, tylko morderczej kapucynce wydaje się wręcz czymś naturalnym. Słowem - casus Jasona i głupawych nastolatków i nie ma co się nastawiać na poważny thriller psychologiczny, jak film bywa gdzieniegdzie przedstawiany.



Z okazji okrągłej rocznicy życzę więc sędziwemu jubilatowi, by nie ustawał w robieniu kolejnych zombie movies. Te wciąż wychodzą mu zdecydowanie najlepiej, nawet jeśli niekiedy jedynie... małpuje samego siebie. Wszystkiego najlepszego, George!

poniedziałek, 8 lutego 2010

Mistrzostwo ironii

Jest wtedy, gdy rasista i homofob zostaje kochasiem czarnoskórego współwięźnia. To właśnie finalnie przytrafia się Edmondowi (William H. Macy), tytułowemu bohaterowi filmu Stuarta Gordona ("Re-Animator") według scenariusza (powstałego na bazie sztuki) Davida Mameta.

Edmond to czterdziestoparoletni everyman. Wiedzie zwyczajne, monotonne, poukładane życie. Do czasu, aż pod pretekstem wypełnienia tarotowej wróżby zostawia żonę (Rebecca Pidgeon, prywatnie żona Mameta) i rusza w miejską dżunglę Nowego Jorku, szukać miejsca, "do którego należy". Trafia do baru, gdzie Joe Mantegna poleca mu "klub dla gentlemanów". Potem wchodzi w relacje z tancerką go-go (Denise Richards), striptizerką (Bai Ling), ekskluzywną prostytutką (Mena Suvari). Ze wszystkimi targuje się o cenę, jest cholernie upierdliwy, wiecznie niezadowolony, nieprzyjemnie prawdomówny (bo wreszcie, wyrwany z wieloletniego stuporu, stuprocentowo uczciwy względem siebie i innych); zmięknie (na chwilę) dopiero po spotkaniu kelnerki (Julia Stiles), którą bzyknie w jej mieszkanku i z którą zaraz potem wda się w brzemienną w skutki konwersację na tematy egzystencjalne.



Ten hardcore'owy miks "Po godzinach" Scorsesego i "Upadku" Schumachera to nie żaden thriller, jak się go szufladkuje w serwisach filmowych, a przewrotny i tragikomiczny moralitet o trybiku w machinie, który nagle zapragnął trybić po swojemu.

Sztukę Mameta od marca ubiegłego roku sporadycznie wystawia Teatr Montownia. Reżyseruje Krzysztof Stelmaszyk, Edmonda gra Maciej Wierzbicki. Czytałem same entuzjastyczne recenzje i chciałbym się wybrać, ale czasowo niestety czarno to widzę.

piątek, 5 lutego 2010

Da Best of 00s

Spontanicznie postanowiłem nie czekać do końca roku i podsumować dekadę już teraz, tak jak to się robi w cywilizowanym świecie.

Oto 10 najlepszych filmów z lat 2000-2009:


  1. "Dzień świra" (2002)
  2. "Avatar" (2009)
  3. "Interstate 60" (2002)
  4. "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni" (2007)
  5. "Lakier do włosów" (2007)
  6. "Odlot" (2009)
  7. "Miasto gniewu" (2004)
  8. "Labirynt Fauna" (2006)
  9. "Apocalypto" (2006)
  10. "Tajemnica Brokeback Mountain" (2005)
Druga dziesiątka już alfabetycznie, bo nie potrafię zdecydować się na kolejność: "25 godzina" (2002), "Bękarty wojny" (2009), "Historia przemocy" (2005), "Jezioro Salton" (2002), "Mroczny Rycerz" (2008), "Niezniszczalny" (2000), "Przekręt" (2000), "Siostry Magdalenki" (2002), "To nie jest kraj dla starych ludzi" (2007), "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" (2006).

czwartek, 4 lutego 2010

Who watches the Limeys?

Wkurzył mnie stworzony przez Brytoli ranking 50 najgorszych filmów wszech czasów. Nie dlatego, że zupełnie się z tą listą nie zgadzam, bo z kolei zgadzam się z tym, że każdy ma prawo do własnej opinii. Zdenerwował mnie dlatego, że robi złą prasę kinu superbohaterskiemu, a więc i komiksom ogólnie.

Weźmie sobie taki przeciętny Ziutek luknie pobieżnie na tę listę i co widzi? Na początku Batmana, na końcu Spider-Mana, gdzieś pośrodku Supermana, Blade'a, Catwoman, Spirita i Kaczora Howarda. No i nawet jeśli ten przeciętny Ziutek dwóch ostatnich nie kojarzy z historyjkami obrazkowymi albo nie kojarzy wcale, to i tak doda dwa do dwóch i wyjdzie mu, że "komiksy som gupie".



A nie są. Znaczy, akurat "Batman i Robin" czy "Spider-Man 3" może i są głupiutkie, ale nastolatkom się podobają. Przynajmniej polskim, choć nie wierzę, że brytyjskim nie. Fakt, że teraz nikomu (dorosłemu) nie polecałbym "Batmana i Robina", jednak dobrze pamiętam, z jakimi wypiekami na twarzy oglądałem go w Relaksie trzynaście lat temu. I nie przeszkadzał mi nawet zdubbingowany Arnold. Że o "Kaczorze Howardzie", wałkowanym do zdarcia VHS-u, nie wspomnę.

Szkoda, że czytelnicy szacownego "Empire" przy tworzeniu swego rankingu nie powyjmowali kijków z odbytów i nie wzięli pod uwagę tak istotnych czynników jak grupa docelowa czy zawartość campu w campie. Szkoda też, że nie oglądają polskich filmów, bo wtedy to zestawienie wyglądałoby zapewne inaczej. No ale po co - oni wolą iść na łatwiznę i pilnować, by każdy znienawidzony amerykański trykociarz czy kaczor z kosmosu trafił na ich czarną listę. Okej, tylko... kto pilnuje tych Brytoli?

środa, 3 lutego 2010

The Dø i Lily Allen jak Leszek Miller

W jednym czasie wpadły mi w ucho dwie piosenki w duchu złotej myśli naszego byłego premiera, że "prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy".

Podmiotem lirycznym w obu przypadkach jest dziewczyna. Jak to najczęściej w love songach bywa - nieszczęśliwa. Jednak - i tu niespodzianka - nie z powodu złamanego serduszka ani nawet tego, że ukochany okazał się chamem i brutalem. Przeciwnie - okazał się wrażliwy i odpowiedzialny. Ale gdy przyszło co do czego i dziewczę zapragnęło, by je porządnie wygrzmocić, koleś niestety nie sprostał zadaniu.

Olivia Merilahti z fińsko-francuskiego duetu The Dø idzie w dowcipne i perwersyjne metafory w rodzaju "martwego wielbłąda w kawałkach", co świetnie koresponduje z jej niewinnym głosem i słodką melodią indie-popowego "Stay (Just A Little Bit More)".



Z kolei Lily Allen w "Not Fair" bawi stylistyką country i swoim zwyczajem wali z grubej rury, że zmarnowała "całe lata na robieniu lodów", a facet nawet "nigdy nie doprowadził jej do krzyku".



Takie dramy to ja rozumiem!

wtorek, 2 lutego 2010

Oscary w niebieskich barwach

Właśnie wróciliśmy z żoną z większych zakupów, w trakcie których uświadomiłem sobie, że jestem avatardem. Mimo początkowych deklaracji o wstrzemięźliwości finansowej nie mogłem sobie bowiem odmówić nabycia książki "Avatar: Tajny raport o świecie Pandory" ("Avatar: A Confidential Report on the Biological and Social History of Pandora") Marii Wilhelm i Dirka Mathisona. Typowo fanowska rzecz, zawierająca informacje, które zapewne z łatwością mógłbym wyguglać, ale co zrobić - po pobieżnym przejrzeniu rozdziałów ("Astronomia i geologia", "Fizjologia i kultura Na'vi", "Fauna Pandory", "Flora Pandory", "Technologia ziemska na Pandorze", "Specyfikacja uzbrojenia", "Dokumenty", "Słownik Na'vi-polski") po prostu nie mogłem się oprzeć.



Wróciliśmy akurat na ogłoszenie nominacji oscarowych, którym pierwotnie ta notka miała być w całości poświęcona. Jednak znów - jeśli w ogóle cokolwiek ruszyło mnie w tej kwestii emocjonalnie, to tylko 9 nominacji dla "Avatara". Fakt faktem, że wielu filmów jeszcze nie widziałem, a te, które widziałem (na przykład "W chmurach"), mnie rozczarowały. Dlatego poprzestanę na lakonicznym stwierdzeniu, że 7 marca zasiądę przed telewizorem w niebieskim szaliku. Bez swastyki - Christoph Waltz jest takim pewniakiem, że mojego dopingu na pewno nie potrzebuje.

poniedziałek, 1 lutego 2010